Stałem przed długim domem w środku dżungli i czekałem, aż duchy zdecydują, czy mogę wejść.
Taka sytuacja :) Santi, moja gospodyni i tłumaczka, mówiła szeptem. Apai, duchowy przywódca wioski, musiał najpierw „porozmawiać”. Nie z ludźmi w środku, tylko z istotami, które według Ibanów opiekują się mieszkańcami i ich ziemią. To one miały zdecydować, czy obcy może przekroczyć próg.
Czekałem piętnaście minut. Po trzech dniach drogi z Polski był to najdziwniejszy kwadrans całej podróży. Paszport i dobre chęci nic tu nie znaczyły. Decyzja należała do kogoś, kogo nie widziałem.
W końcu Santi kiwnęła głową. Mogłem wejść.

Po co tu przyjechałem
Od kilku lat jeżdżę po świecie i zbieram legendy i przekazy ustne. Rozmawiam ze starszymi, nagrywam, notuję. Najbardziej interesują mnie motywy, które wracają w miejscach oddalonych od siebie o tysiące kilometrów. Nauczyciele, którzy przyszli z daleka. Przodkowie, którzy przekazali ludziom wiedzę. Istoty, które pilnują lasu albo rzeki.
Na Borneo przyjechałem właśnie po taką historię. Chciałem usiąść z Apaim i zapytać o dawnych nauczycieli jego ludu. Według miejscowej tradycji pojawili się tysiące lat temu i nauczyli Ibanów wszystkiego o roślinach, rytuałach, duchach i życiu w lesie.
Droga wyglądała tak: z Polski do Kuala Lumpur, potem do Kuching po malezyjskiej stronie Borneo, a stamtąd pięć godzin samochodem w stronę granicy i dalej w głąb indonezyjskiej części wyspy. Kierowca zabrał ze sobą całą rodzinę i przez sporą część trasy wszyscy śpiewali. Coś pomiędzy wyprawą a rodzinną imprezą :)
Na granicy urzędnicy długo oglądali mój paszport. Chyba polski podróżnik nie przechodzi tamtędy zbyt często.
Po drugiej stronie odległość mierzy się nie tylko kilometrami, ale też godzinami, które trzeba jechać do sklepu, lekarza albo szpitala.
Jeden dom dla wszystkich
Długi dom Ibanów to coś więcej niż duży budynek. Pod jednym dachem mieszka wiele rodzin. Każda ma swoją część, coś jak małe mieszkanie, a wspólna galeria należy do wszystkich. Tam się pracuje, gada, odpoczywa i patrzy, co u sąsiadów.
Na powitanie dostałem ryżowy alkohol, który zagryza się bananem. Do tego mały kąt, prostą kuchnię i miejsce do spania. Za łazienkę robiła rzeka.
Zanim się rozpakowałem, usłyszałem pierwszą zasadę. W domu jest pokój, do którego nie wolno mi wchodzić.
– To sekret – powiedziała Santi.
No i ciekawość mnie zżerała. Ale zasada była jasna: dowiem się, kiedy mieszkańcy uznają, że mogą mi powiedzieć.
Ważniejsze decyzje przechodziły przez Apaia. Nawet wybór miejsca pod nowy dom. Najpierw ludzie wskazywali kawałek ziemi, potem Apai pytał duchy, czy można tam budować. Taka rozmowa potrafiła trwać kilka dni.
Strachy na wróble, które nie są strachami
Życie w długim domu opiera się na tym, co daje okolica. Ryby z rzeki, ryż z pól, rośliny i przyprawy z lasu.
Kiedy jadłem, kobiety przychodziły i w milczeniu patrzyły na każdy mój ruch. Pewnie byłem dla nich takim samym dziwolągiem jak one dla mnie :) Patrzyły, czego próbuję najpierw i czy mi smakuje.
Jedno danie zapamiętałem na długo. Świeże, nieoprawione ryby miesza się z leśną trawą, wkłada do bambusa i piecze nad ogniem. Bez soli, bez pieprzu. Prosto i zaskakująco dobrze.
Na polach ryżowych stały takie kolczaste gruszki. Pomyślałem, że to coś jak nasze strachy na wróble. Santi wyjaśniła, że nie. Mają przywoływać istoty, które chronią pole.
Kiedy chciałem przejść między zagonami, poprosiła, żebym ominął jedno miejsce.
– Teraz stoją tam te istoty – powiedziała.
Ja nic nie widziałem. Dla niej to nie znaczyło, że nic tam nie ma.
Po trzech dniach dowiedziałem się, że woda, którą piję, jest prosto z rzeki. Trochę się przestraszyłem o żołądek. Uspokoili mnie, że wodę oczyścił szaman w czasie rytuału. Z udziałem kogutów.
Z punktu widzenia higieny bakterii to nie usuwa. Dla mieszkańców nie chodzi jednak o filtr, tylko o przywrócenie porządku między ludźmi a światem, którego nie widać. Tak tu się patrzy na wiele spraw, od budowy domu po chorobę.
Las jako apteka
Mieszkańcy opowiadali o mnóstwie roślin, których używają do leczenia. Mówiło się nawet o około tysiącu gatunków, ale nie miałem jak tego sprawdzić.
Jedne na żołądek, inne na dolegliwości kobiece albo na ukąszenia węży. Jest podobno roślina dla tych, którzy za dużo piją, i taka, która ma osłabiać głód narkotykowy.
Rozmawialiśmy też o nowotworach. Nie chodziło o jedno cudowne ziele. Według miejscowych odpowiednia mieszanka roślin ma pobudzić organizm do walki z chorobą. Szaman odmawia jednak leczenia, jeśli guz był wcześniej operowany. Dlaczego? Nikt nie umiał mi wyjaśnić.
Od razu mówię: nie wiem, czy to działa, i nie jest to żadna sprawdzona terapia. Nikt nie powinien na tej podstawie rezygnować z lekarza. Dla Ibanów choroba ma jednak przyczynę nie tylko w ciele, ale też w zepsutej relacji ze światem duchów.
Kiedy rośliny nie pomagają, Apai odprawia bardziej skomplikowany rytuał. Kilka miesięcy przed moim przyjazdem sporo ludzi w wiosce poważnie zachorowało. Szaman przygotował dla duchów dary, nawiązał z nimi kontakt i otworzył koguta. Układ wnętrzności ptaka czyta się jak wiadomość. Miejscowi porównywali to do krótkofalówki: ty wysyłasz pytanie, a odpowiedź przychodzi w znakach, które umie odczytać tylko przygotowana osoba.
Apai odczytał, że pod podłogą jednego z domów zagnieździło się coś złego. Kiedy to usunięto, choroby podobno ustąpiły. Czy miało to związek z ceremonią? Nie wiem. Dla nich sprawa była oczywista.
Nauczyciele z dawnych czasów
Zapytałem Apaia, skąd pochodzi cała ta wiedza o roślinach, rytuałach i znakach. I dlaczego dawni Ibanowie zabierali głowy swoim wrogom.
Odpowiedź prowadziła do przodków. Według tego, co usłyszałem, dawno temu przyszli do jego ludu nauczyciele. Do dziś czci się ich przy najważniejszych ceremoniach, a ich wizerunki stoją w miejscach rytualnych. To oni mieli nauczyć ludzi, jak postępować z lasem, duchami i chorobami. Moi rozmówcy mówili, że było to jakieś pięć tysięcy lat temu.
To oczywiście tradycja ustna, a nie wynik wykopalisk. Nie mam dowodów, żeby połączyć tę opowieść z jakąś konkretną wędrówką ludów. Ale trop jest ciekawy, bo podobne historie o przybyszach-nauczycielach słyszałem w innych miejscach na świecie.
Borneo to pierwsza wyspa w tym moim projekcie. Kolejne pokażą, czy ten motyw będzie wracał. Na razie to hipoteza i nic więcej.
Pokój z czaszkami
Po jakimś czasie dowiedziałem się, co jest w pokoju, do którego nie wolno mi było wejść.
Czaszki dawnych wrogów.
Polowanie na głowy to część historii Ibanów. Zabitym przeciwnikom obcinano głowy, przynoszono je do długich domów i wędzono nad paleniskiem. Czaszka była czymś więcej niż trofeum. Miała chronić wioskę, odpędzać zło i zapewniać dobre plony ryżu.
Według mieszkańców zwyczaj wygasł przed II wojną światową, ale wrócił na chwilę w czasie japońskiej okupacji, kiedy alianci korzystali z wojennych umiejętności miejscowych. Ostatnie głowy miały należeć do japońskich żołnierzy.
Później misjonarze kazali część czaszek zakopać. W długich domach dla turystów wiszą czasem gipsowe kopie. Tam, gdzie ludzie dalej pielęgnują tradycję, mogą być prawdziwe.
Do tego pokoju nie wszedłem. Ale od kiedy wiedziałem, co jest za drzwiami, patrzyłem na cały dom trochę inaczej. Delikatna ciarka jednak jest.
Apai i las
Apai jest też kimś więcej niż strażnikiem rytuałów. Mieszkańcy mówią o nim jako o człowieku, który pomógł uratować kawałek ich lasu.
Ibanowie żyją z tego, co daje okolica, ale nie mają prawa własności w europejskim rozumieniu. Kiedy państwo zaczęło rozdawać koncesje na wycinkę i do lasu weszły firmy drzewne, ludzie mieli niewiele sposobów, żeby się bronić.
Apai próbował nagłośnić sprawę poza Borneo. Szukał pomocy na Zachodzie i dostał za to wyróżnienie na ceremonii w Portugalii. Kiedy przyjechałem, dopytywał, czy jestem właśnie stamtąd. O Polsce nigdy nie słyszał. Zastanawiał się nawet, czy dalej mamy króla :) Podróż po nagrodę była jedną z największych wypraw jego życia.
Rozmawialiśmy przez dwóch tłumaczy. Ja mówiłem po angielsku do Santi, ona po indonezyjsku do starszej kobiety, a ta tłumaczyła na język Iban. Odpowiedź wracała tą samą drogą, więc każde zdanie mogło coś po drodze zgubić.
Jedną odpowiedź Apaia zapisałem po angielsku:
„Dla nas las nie jest tylko zbiorem drzew. Pochodzi z niego pożywienie, powietrze, cień, woda i przyszłość następnych pokoleń. Dlatego mówimy, że trzeba go strzec”.
Mogłem zadać tylko kilka pytań. Apai miał dziewięćdziesiąt cztery lata. Tylko że zupełnie nie było tego po nim widać. Rano kąpał się w rzece, jadł ryż z kilkoma rybkami i sam szedł doglądać pola.

Dwa światy pod jednym dachem
Wioska Apaia nie jest jedyna. Inne zmieniają się szybciej. Pojawiają się murowane domy, a młodzi coraz częściej wyprowadzają się ze wspólnego domu i stawiają własne.
Telewizji ani radia tu nie ma. Telefony są. Dzieci potrafią długo siedzieć nad TikTokiem. Nawet do lasu deszczowego dotarła nasza cywilizacja i ten cyfrowy shit.
Powstają katolickie kościoły. Wielu mieszkańców uważa się za chrześcijan, ale część dalej chodzi na dawne ceremonie i pilnuje zakazów związanych z duchami. Jedno nakłada się na drugie.
Najbardziej krucha jest wiedza, której nikt nie zapisał. Apai należy do ostatnich, którzy pamiętają całe ceremonie, znaczenie znaków i to, jak zwracać się do duchów. Młodsi, jak mi mówiono, nie zawsze chcą się tego uczyć.
Skąd to wiem
- Moja wyprawa i rozmowa z Apaim przez dwóch tłumaczy (angielski, indonezyjski, Iban). Leczenie, ceremonie i wierzenia opisuję tak, jak mi je opowiedziano.
- Ibanowie (Dajakowie Morscy) i tradycja polowania na głowy, opisana w literaturze etnograficznej o Sarawaku i Kalimantanie.
- Zasiedlenie Borneo wiązane z ekspansją austronezyjską sprzed kilku tysięcy lat, ważne dla mojej roboczej hipotezy o „przodkach-nauczycielach”.
- Obrona lasów Borneo przed wycinką, znana m.in. dzięki działaczom takim jak Bruno Manser.
— Robert
Komentarze
Ładowanie komentarzy…